czwartek, 14 września 2017

Nowe stulecie, stare problemy... / Minardi M01 / M02

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu... Kolekcje Kolegów "Zbieraczy" zdążyły dość mocno się rozwinąć, a ja stanąłem w miejscu. Niestety poświęciłem sporo funduszy by wyciągnąć nowo nabyte auto ze stanu głębokiej rozpaczy. Czy się udało? Prawie tak, choć po naprawieniu jednej rzeczy wychodzi następna i tak wkoło... Mam trochę wrażenie, nie da się w 100% przywrócić dobrego stanu samochodowi który przez 8 lat był zaniedbywany. 
Muszę przyznać się bez bicia, że nieco zapomniałem o kolekcji i blogu. Dwutygodniowy urlop na którym właśnie przebywam jest więc dobrą okazją by nieco się przypomnieć :) Na czym to skończyłem...?

...a tak Minardi. Końcówka lat 90 nie była szczególnie udana dla zespołu z Faenzy (naprawdę? haha ;). Zespół borykał się standardowo z dwoma problemami: brakiem sponsorów i silnika. Światełko w tunelu zapaliło się wraz z nadejściem roku 1999, gdy do zespołu dołączył junior Ferrari, Hiszpan - Marc Gene. O ile postać samego zawodnika nie zachwycała niczym szczególnym, tak wsparcie jakie ze sobą przyniósł, a więc sponsoring giganta telekomunikacyjnego "Telefonica" już tak. Gustownie zaprojektowany bolid M01 (zerwano z dotychczasowym oznaczeniem trzycyfrowym) otrzymał piękne srebrno - granatowe malowanie z brylującym na osłonie silnika logiem sponsora. Na tle zeszłorocznej konstrukcji auto prezentowało się jak nie z tego świata. Gustav Brunner (główny projektant) stanął na głowie, by używając jedynie ołówka i czystej kartki zaprojektować samochód który stanie w szaranki do walki na torach Grand Prix. 


Trzeba przyznać, że mimo wielu problemów rok nie był zły. Zespół wywalczył punkt w GP Europy, a zdobycz byłaby jeszcze większa gdyby jadący na 4 pozycji Luca Badoer nie doznał awarii silnika. Do tej pory w relacjach sportowych wspomina się Włocha, który płakał jak dziecko nad zaparkowanym na pasie zieleni M01.


Szczęście było naprawdę blisko... 
Nadszedł rok 2000. "Pluskwa milenijna" wcale nie zaatakowała większości komputerów na świecie, tak więc sezon 2000 zapowiadał się naprawdę ciekawie. Mocne Ferrari z Schumacherem, Williams z nowym partnerem silnikowym, McLaren chcący walczyć znów o mistrzostwo... Również w Faenzie panowały bojowe nastroje ponieważ kurek z pieniędzmi od Telefoniki nie został przykręcony. M02 choć dość podobny do konstrukcji zeszłorocznej otrzymał podcięte sekcje boczne oraz modne w tamtym czasie wyjścia wydechów w górne okolice tylnego skrzydła, no i oczywiście... bojowy żółty kolor (tym samym w stawce znalazły się 4 żółte bolidy ponieważ podobne barwy od kilku już sezonów posiadał Jordan). Jeśli ktoś nadal uważa że Minardi budował swoje samochody w szopie gdzieś na skraju włoskiej wioski to polecam obejrzenie poniższego filmu z prezentacji i procesu projektowania M02 


 Choć bolid częściej dojeżdżał do mety niż rok wcześniej, to za sprawą katastrofalnego, przedpotopowego silnika Forda (pod marką Fondmetal) nie mógł nawiązać żadnej walki na torze. A szkoda, bo aerodynamika tego pojazdu stała na bardzo wysokim poziomie, tak więc po raz kolejny potencjał nadwozia został zmarnowany przez kiepski motor. 
Rok 2000 był również ostatnim, podczas którego na czele zespołu stał Giancarlo Minardi. Pogarszająca się sytuacja finansowa oraz rosnące koszty zmusiły charyzmatycznego szefa do sprzedaży zespołu. Po odrzuceniu kilku ofert udało się nawiązać kontakt z Paulem Stoddartem, który od jakiegoś już czasu rozglądał się za możliwością wykupienia jakiegoś konającego zespołu. Dzięki temu historia Minardi toczyła się dalej.

Miniaturki które udało mi się zakupić to już dosyć stare PMA. W Polsce są raczej nie do dostania, przybyły do mnie z Wielkiej Brytanii. Jest to kawał wyścigowej historii więc nie mam żalu o odklejające się kalki na tylnym skrzydle M02 (prawdopodobnie gdyby był to mniej cenny model zabrałbym się za naprawę - a tak - boję się coś spaprać ;) 















Warto jeszcze wspomnieć, że choć czas płynie to słuch o M02 i grzmocie jego V10 nie zaginął. Z tego co udało mi się ustalić wciąż są dwa "działające" nadwozia, najprawdopodobniej w rękach prywatnych. W sieci można znaleźć filmy z prac nad przywróceniem autu świetności :


Samochody pokazały się również podczas festynu na torze Zandvoort. Kolekcjoner z Holandii - Frits van Eerd (notabene właściciel sieci supermarketów) posiada w swoim garażu sporą liczbę bolidów Minardi - wszystkie na chodzie. Jednym z nich (bodaj PS04) startował w serii BossGP. Polecam obejrzenie filmu z tej imprezy - jak widać bardzo emocjonalnej dla honorowego Gościa - pana Giancarla Minardiego.


W następnej odsłonie zapraszam do lektury kolejnych dziejów "Lwów z Faenzy" a szczególnie historii o pewnym drobnym Malezyjczyku, który bardzo chciał zostać kierowcą Formuły 1... 




niedziela, 4 czerwca 2017

Opel Vectra C 1.9 CDTi - tym razem w skali 1:1 :)

Stało się. Moja Lancia Lybra przestała już spełniać oczekiwania powiększonej rodziny. Auto służyło mi dzielnie przez 6 lat. Niestety pomału zaczęła przegrywać walkę z rdzą, a ciasnota w kabinie i brak miejsca w bagażniku wersji sedan przesądziły o decyzji zmiany auta. Byłem zaskoczony że już na następny dzień od daty emisji ogłoszenia pojawił się chętny, który przyjechał po Lancię 250 kilometrów. Fakt - jak na swoje 17 lat było to auto bardzo zadbane i doinwestowane mechanicznie. Myślę że nowy właściciel spokojnie przejeździ jeszcze 2 lata bez większych inwestycji. 
W momencie gdy Lybra zniknęła za zakrętem pojawiło się pytanie - co dalej? Moje wymagania co do pojazdu używanego za około 20 tyś. złotych przedstawiały się następująco:
- mile widziany polski salon i możliwa do odtworzenia historia pojazdu,
- bez wypadkowość - i tu dla sprostowania - nie mam nic przeciwko pomalowanym poszczególnym elementom, pod warunkiem że jest to zrobione dobrze. Nie każda stłuczka czy ocierka to od razu wypadek. Swoją drogą nie da się tego uniknąć w około 10 - cio letnim samochodzie.
- przebieg, a nie stan licznika - czyli ulubione zadanie do wykonania polskich handlarzy (choć ostatnio chyba coś w temacie drgnęło i nasz naród przekonał się że lepsze prawdziwe 200.000 niż "skręcone" z 300.000 na 150.000).
- uczciwy stan techniczny - a więc liczyłem się z tym że zaraz po kupnie do zrobienia będzie układ rozrządu, serwis filtrowo - olejowy, hamulce i tradycyjnie jakaś pierdoła w zawieszeniu :)
 Przyznaję - od dłuższego czasu przeglądałem już ogłoszenia, w kręgu moich zainteresowań pojawił się a jakże - Fiat Croma. Ten pakowny włoski "pokrak", w wersji po liftingu może się podobać. Niestety pochodzi z czasów, gdy producenci aut koncentrowali się na rozwoju jednostek diesla, dlatego fani nowoczesnych i oszczędnych "benzyn" nie mają tu czego szukać. Swoje poszukiwania zawęziłem do silnika 1.9 MJet 8v w wersji 120 KM. I tu pierwsze schody - aut z tym motorem w ogłoszeniach było jak na lekarstwo, a jak już się pojawiały to głównie wersje z przed liftingu. Królowały bogato wyposażone samochody ze 150 - cio konnym motorem i skrzynią automatyczną. 
Powiedzenie "trudno jest sprzedać, a jeszcze trudniej kupić" jest nad wyraz trafne. Już w kontakcie telefonicznym ze sprzedającymi często okazywało się że coś jednak jest nie tak i igiełka z ogłoszenia to skarbonka bez dna. Oglądane przeze mnie egzemplarze bardzo często miały "zaplute" olejem silniki, ślady po niefachowych naprawach blacharsko - lakierniczych i rozwalone zawieszenia. Nawet auta od osób prywatnych, gdzie wydawałoby się właściciel powinien dbać o stan techniczny bo to w końcu jego bezpieczeństwo, okazywały się śmietnikami na kółkach. Łysych - dodajmy. Po kilku próbach zwątpiłem. Nie uda się pomyślałem - z Cromą się nie uda. Nie wiedzieć czemu, trochę od niechcenia moja uwaga przeniosła się na technologicznego bliźniaka Fiata Cromy, a więc Opla Vectrę C. Jest to samochód bardzo lubiany przez nasz naród, ze względu na zachowawczą stylistykę, niezłe właściwości transportowe i bardzo dobre silniki diesla pochodzące od... Fiata. Podaż Vectr ze 120 konną jednostką jest dużo większa, bez problemu znalazłem też auta z polskich salonów. Opla obejrzałem tylko jednego - i po dłuższym zastanowieniu kupiłem go.  Auto zostało pozostawione w rozliczeniu w autoryzowanym salonie sprzedaży, pochodziło z polskiej sieci dilerskiej, miało 200.000 prawdziwego "nalotu" i jedynie jeden pomalowany powtórnie element. Dobre wrażenie zrobił na mnie ogólny stan auta, zadbane wnętrze i możliwość odtworzenia jego historii od momentu zakupu. Miał trochę wad - jak to pojazd używany, mianowicie:
- hałasujący rozrząd i sprężarka klimatyzacji,
- słabiutkie hamulce i tylne amortyzatory,
- wyjące łożysko koła (które? - jeszcze nie wiem :)
- akumulator na wykończeniu.
No cóż - nikt dobrego nie sprzedaje, jak mawia mój tata. Powoli wszystkie bolączki są naprawiane i mam nadzieję że Opel posłuży mnie i mojej rodzinie przynajmniej "jeden dowód rejestracyjny". A potem? Gdy Syn już podrośnie, pewnie znowu kupię sobie jakąś Lancię :) 
 
Opel jest w pięknym zielono - niebieskim kolorze. Szczerze mówiąc nie widziałem nigdy wcześniej Vectry w tym odcieniu. Bagażnik bez problemu mieści wszystkie "rodzinne" graty.

Wersja po liftingu wygląda wciąż nowocześnie i może się podobać.

Nie dajcie się zmylić alufelgom - to zwykłe kołpaki nałożone na tzw. felgi strukturalne, a więc zwykłe stalówki o 5 - cio ramiennym wzorze.

 Tym samym zakończył się dosyć długi okres poszukiwania nowego - starego samochodu, mam nadzieję że szybko wrócę też do "modelarskiej" aktywności. Moich Kolegów - Czytelników przepraszam za chwilową nieobecność, obiecuję szybko nadrobić straty. Serdecznie pozdrawiam!